Kawałek serca z tworzywa sztucznego

Każda rzecz, jaką kiedykolwiek wykonamy, odciska na nas trwały ślad. A ja te ślady notuję. Luźno. Bez sensu. Ale notuję i to się liczy...

Biegnij!

środa, 25.kwietnia.2012, 21:10


Biegnij, ku zachodzącemu słońcu własnej goryczy,
Biegnij, w stratosferze idei i przekonań,
Biegnij, wolność wciąż do Ciebie krzyczy,
Biegnij, odejdź od wszelkich Twych knowań.

Dokąd? podróż niezmiennie przecieka przez palce,
Dokąd? pytasz, a nikt Ci nie odpowie,
Dokąd? uczucia mieszasz niczym bęben w pralce,
Dokąd? do szczęścia, a po czym? Po słowie.

Gdzie to jest? wiatr we włosach czujesz, odwrotu już nie ma,
Gdzie to jest? na ślepo biegnąc, nie zajdziesz daleko,
Gdzie to jest? sercem się kieruj niczym mała ciema*,
instynktownie do światła, w świat czysty jak mleko.

Biegnij, wysiłek wart jest wszelkiej trwogi,
Biegnij, zlutują Ci serce falą romantyzmu,
Biegnij, przecież po to masz, głąbie, dwie nogi,
Biegnij, pókiś młody, zwiewaj z mamwdupizmu.
Nastrój:
Kategoria: Poezja
tagi:

Szczęśliwi czasu nie liczą.

środa, 25.kwietnia.2012, 20:40


Scena I



QQ: Nienawidzę tego powiedzenia. Nie cierpię.
WW: Dlaczego?
QQ: Z powodu drugiego słowa.
WW: Co?
QQ: Czuję się zdyskryminowana.
WW: Jak to?
QQ: Jestem szczęśliwa. Dlaczego mam więc nie liczyć czasu...? A co ja, blondynka?
(WW chrząka znacząco)
QQ: Dobra, jestem blondynką. Co nie upoważnia mnie do niepunktualności.
WW: Co to ma do niepunktualności?
QQ: Dużo ma.
WW: Co ma?
QQ: Dużo.
WW: Przecież masz zegarek.
QQ: A babcia nosi sandały. Noszenie zegarka nie czyni cię punktualnym
.WW: Bycie szczęśliwą nie czyni cię niepunktualną.
QQ (z irytacją w głosie): To skąd się wzięło to powiedzenie?!
WW: Od smutnych panów w garniturach.
QQ: Co?
WW: Nikt nie chce być samotny...


Scena II



(Wchodzi SP i PS)
SP: Jestem smutny.
PS: Masz fajny garnitur.
SP: Spóźniłaś się.
PS: No i co z tego?
SP: Szczęśliwi czasu nie liczą, co?
PS: O co ci chodzi?
SP: Jesteś przepełniona szczęściem, jak szambo gównem, nie zauważasz rzeczywistości, która Cię otacza
.PS: Czy to zbrodnia?
SP (kontynuując): Masz klapki na oczach, bawisz się uczuciami innych, wmawiając sobie coś, co tak naprawdę nie istnieje... Przecież nikogo nie kochasz, myślisz, że to takie proste
.PS: Kocham.
SP: Nie kochasz.
(PS bawi się nerwowo włosami)
PS: Nie kocham.
SP: Kochasz. Siebie.
PS: Czy to zbrodnia?
SP: Tak, jeśli ranisz tych, którzy kochają ciebie.
PS: Zamknij się.
SP: Ty jesteś zamknięta w swojej chciwości. Jesteś zachłanna na uczucia innych, lubisz, gdy inni cię pożądają, prawda?
PS (z melancholijnym westchnieniem): Szczęśliwi czasu nie liczą...SP: To dlaczego się spóźniłaś?


Scena III



(Na scenę wraca QQ i WW)
QQ: Ale ja umiem kochać.
WW: To dlaczego się nie spóźniasz?
QQ: Umiem oddzielić życie uczuciowe od realizmu.
WW: Realizmu?
QQ: Tak... Mam życie poza tobą. Miłość do ciebie czyni mnie szczęśliwą. Ale nie oznacza to, że czas i przestrzeń zataczają koło. Gdyby tak było, to życie byłoby rajem.
WW: A nie jest?
QQ: Jest. Mamy wpływ na naszą czasoprzestrzeń, zatacza ona fikcyjne chińskie osiem, które sprawia, że czas spędzony z Tobą płynie mi wolniej.WW: Czasoprzestrzeń?
QQ: Tak.
WW: Dlaczego?
QQ: To nie ma powodu. Po prostu jest i wiąże nasze dusze.WW: To czym jest czasoprzestrzeń?
QQ: Miłością?
WW: Możliwe. Przecież ona wiąże nasze dusze, daje szczęście, dodaje kolorów, możemy mieć na nią wpływ i ją modyfikować w określony dla nas sposób...
QQ: Jesteś Bogiem.
WW: Nie. Ty jesteś moją boginią.
Nastrój:
Kategoria: Inne
tagi:

Krzyk tłuściocha prozą spisany.

środa, 25.kwietnia.2012, 19:51


Przebierasz się w pidżamę, idziesz spać. Łagodne ciepło kołdry otula Twoje półnagie ciało, Ty odchodzisz w objęcia Morfeusza, jest tak, jak powinno być. Śni Ci się Twoja własna śmierć, ale nie czujesz lęku. To naturalny ciąg, którego nie wolno zakłócić. Każdy żyje po to, żeby umrzeć. A śmierć jest odejściem od rutyny. Jutro wstaniesz, jak zwykle niewyspana, rozbolą Cię plecy, ale uśmiechniesz się, pomimo złego humoru, poczujesz zapach wolności, którego tak naprawdę nigdy nie zaznałaś.


Po raz kolejny wstaniesz z łóżka, tym razem obudzi Cię krzyk matki, która wyraźnie żąda, żebyś się obudziła, a przecież jest dopiero dziesiąta, nie możesz się wyspać nawet przez weekend, bo to jest wbrew kodeksowi Twojej rodzinnej gildii.


Zjesz śniadanie, bo jak to bez śniadania funkcjonować? Twoje spasione, otłuszczone, obrzydliwe wnętrzności zaraz zrobią Ci seppuku, a Ty poddajesz się rytuałowi dnia, nie mając lepszej alternatywy. Nazywacie to wolnością, prawda?


Szorstki głos kobiety, która Cię wychowała, wykarmiła i obdarzyła rodzicielską miłością, huczy w Twoich uszach jak dzwony kościelne. Idziecie na zakupy, jedziecie do babci do szpitala, Ty weź psa i posprzątaj na stole, przestajesz rozumieć cokolwiek, ale przytakujesz. Rodzice wychodzą, Ty bierzesz się do roboty, aby zasłużyć na słowa pochwały. Sprzątasz, tak jak Cię matka poprosiła, zmywasz, bierzesz psa, a rutyniarz patrzy na Ciebie i się z Ciebie śmieje.


Wracają, Ty ubierasz się i wychodzicie na zakupy, rzekomo po to, żeby ojcu kupić majtki. Wyjeżdżacie poza miasto do jakiegoś sklepu, w którym zwykłe majtki kosztują 180 złotych i rozglądacie się za czymś sensownym. Ojciec znalazł skórzaną kurtkę, kupuje, Ty znajdujesz białą bluzkę w paski w rozmiarze 48 odjąć 6, kupujesz. Patrzysz na swoje odbicie w sklepowym lustrze i zbiera Ci się na wymioty, ale nie dajesz tego po sobie poznać. Po co mają się martwić, Tobie i tak nic już nie pomoże.


Jedziecie dalej; na celowniku sklep outlet, niezapowiedziana droga krzyżowa przed Tobą, kochanie, ale Ty się jeszcze nie spodziewasz tego, co zaraz nastąpi. Kolejny raz rzeczywistość uświadomi Ci, że jesteś tłustym, jebanym pasztetem, który nie zasługuje na to, żeby czuć się pięknym. Świnia nigdy nie zobaczy nieba, tak Ty nie zobaczysz w sobie piękna. Ale ciesz się, póki możesz, swoją nieświadomością.


Wchodzicie do sklepu, na horyzoncie sklepy z dżinsami, a zważywszy na to, że chcesz ładnie wyglądać i że brakuje Ci spodni, wchodzicie tam. Nic nie pasuje, jak zwykle. Zwalasz to na to, że robią numerację na Chińczyków- łudź się, łudź, póki masz do tego siłę i okazję, Twoje miotanie się z rzeczywistością jest swoistą komedią, myślisz, że jesteś szczera z samą sobą- nie jesteś, starasz się zatrzeć rzeczywistość pozytywnym myśleniem na temat swojego ciała, oszukujesz samą siebie, wmawiając sobie, że nikt nie zwraca uwagi na Twój wygląd, wszystko to, co na ten temat uważasz, jest jedną, wielką mistyfikacją i z tego się nie masz szans wywinąć, tak masz zapisane w kodzie genetycznym.


Każda przymierzona para spodni to dla Ciebie szpila w sercu, nie dziw się, ukazała się Twoja prawdziwa, wynaturzona, gruba natura, nie będziesz wyglądać ładnie, bo nie ma na to szans. Wszystkie sprzedawczynie pytają, czy spodnie mają być na matkę, która jest bardziej otyła. Uśmiechasz się, żartujesz, że nie ma spodni dla ludzi z Twoim wykształceniem, ale jest to uśmiech przez łzy. Chcesz wyglądać ładnie, ale nie stać Cię nawet na to. Zdrowo się odżywiając, przestrzegając zasad, przytyłaś dodatkowe 2 kilo. Metabolizm, żołądek, rodzina, cały świat śmieje się z Ciebie, przypominasz żałosnego chomika miotającego się w kołowrotku, usiłującego dobiec do celu. Ty nie dobiegniesz, zawsze będziesz miała BMI równe 28 wzwyż.


Powstrzymujesz się od powiedzenia, co o tym myślisz, zamykasz się w sobie. Jedziecie do szpitala, ok, z babcią lepiej, jedyna dobra wiadomość tego dnia. Cieszysz się, szczerze, że zaczyna zdrowieć i że akurat to idzie ku dobremu.


Wracacie do domu. Nie masz ochoty na nic, ale jesteś głodna, wpieprzasz jak głupi, tępy spaślak (którym jesteś) trochę ryżu do sushi, który będąc nieprzykrytym pokrywką wysechł, jest Ci przykro z powodu tego, jak wyglądasz, nie masz siły tego ukrywać we własnym domu, przecież widzisz swój obleśny, wystający brzuch przed lustrem, kiedy stoisz nago w wannie i obserwujesz swoje ciało. Czujesz się, zresztą słusznie, jak pasztet, masz dość tego wszystkiego, nie odzywasz się, siadasz do komputera i chcesz coś napisać, ale tylko same łzy spływają Ci po policzkach. Rozmawiasz ze swoim Klonem, uświadamiasz sobie, że umiesz się tylko ubrać. Przypominasz sobie Kate, ona waży mniej od Ciebie o dwa kilo, wszyscy uważają ją za grubą, Ty opanowałaś do perfekcji sztukę maskowania. Powinszować.


Rodzice są zaniepokojeni tym, co się dzieje, wygadałaś się, że chodzi Ci o to, że nie jesteś zadowolona ze swojego wyglądu i Twoja samoocena spadła na łeb, na szyję. Przymierzyłaś nowe spodnie ojca- są dobre na Ciebie zarówno na długość, jak i na szerokość. Jesteś załamana, słyszysz, że ojciec waży tylko pięć kilo więcej od Ciebie, masz tego wszystkiego dość. Odnosisz wrażenie, jakby cały świat patrzył się na Ciebie i się z Ciebie śmiał, jednak mylisz się, nie myśl sobie, że jesteś grubym pępkiem świata, nikt Cię i tak nie zechce, nawet ojciec powiedział "następny kopnie Cię w dupę, a Ty siedź dalej przed komputerem i żryj". Czara goryczy się przelewa, matka chce zmodyfikować Twoją dietę, ale Ty oponujesz, bo nie chcesz łaski. Taki spaśluch powinien tylko siedzieć przed komputerem i umierać powoli, przestać zabierać szczupłym i pięknym (ewentualnie odchudzającym się) powietrze. Jesteś tylko zbędnym paprochem w pędzącej machinie świata, nie łudź się, że coś się zmieni. Na drugą połówkę też nie zasługujesz. Łudzisz się, ale tak naprawdę wszystko toczy się takim samym, odwiecznym, genetycznie zapisanym, ewolucyjnym rytmem i Twoje fałdy tłuszczu nic na to nie poradzą, nawet nie są manifestem Twojego smutku, bo i tak każdy ma Cię w końcowym odcinku jelita grubego.


Nienawidzisz Ameryki, sama upodabniasz się do Amerykanek, hipokrytko. Żryj hamburgery, bo takie śmieci powinny tylko to żreć. I umrzyj, zgiń, przepadnij, maszkaro.


Nawet lekarka twierdzi, że powinnaś schudnąć co najmniej 10 kilogramów, druga twierdzi, że podobałabyś się tylko Rubensowi, jesteś jedną z trzech spasionych Gracji, zaakceptuj to wreszcie.


Chcesz chodzić na fitness? Cha, cha, cha, proszę Cię, Ty i fitness? A ja zostanę sławnym pisarzem i będę się z Ciebie śmiał. Jest to możliwe wtedy i tylko wtedy, gdy należysz do zbioru pustego, a więc nie istniejesz. Twój fitness też nie. Nie zmienisz losu.


Kolejne Twoje spodnie to worek, którym przykrywają trupy, a bikini możesz zrobić sobie z plandeki od żuka, jak w kabarecie. "A one to śpetne? Śpetne, śpetne. A ja, jako? A ty... jedz, Hanuś, jedz".


Masz zły humor z powodu swojej tuszy, rodzice zapowiadają wojnę w domu, może im nie jesteś obojętna, ale tylko im, Ty zarzekasz się, że nie potrzebujesz ich łaski, a ja się z Ciebie śmieję, bo jesteś skończoną, hipokrytkoidiotką. Idź żreć dalej.


A kim jestem, spytacie? No nie, nie zorientowaliście się? Widocznie dobrze się maskuję, jestem Kompleksem. A właściwie Rzeczywistością. Bo byłbym niczym, gdybym opisywał kłamstwa.

Nastrój:
Kategoria: Opowiadania

Nie wszystek umrę?

środa, 25.kwietnia.2012, 19:46


Prolog



— Jesteś pewien, że to zadziała? — zapytała Joanna, z wahaniem patrząc na swojego lubego. Nie wiedziała, co ma zrobić. Miała ochotę mu przywalić, uderzyć go z całych sił, wyładować na nim swą złość. Bo jak nazwać bezgranicznie krępujące cię uczucie, niepozwalające poruszyć żadną z kończyn, spowodowane troską i beznadziejną bezsilnością? Miłością? Przywiązaniem? A może to było jedno z nieokreślonych bliżej uczuć, które nawet, jeśli byśmy chcieli, i tak byśmy nie potrafili nazwać z tego powodu, że zostało naznaczone przez Los jako Wyższe Uczucie?

 


— Nie mam nic do stracenia — odparł On, a jego rozmówczyni osunęła się z rezygnacją na podłogę. Nie miała siły walczyć z jego wolą, nie potrafiła mu tego odmówić. To była jego ostatnia droga i przełomowa szansa na poznanie Nieuniknionego. Śmierci. Każdy przecież chciałby wiedzieć, czym Ona jest i wiedzieć jak Ona smakuje. On był pierwszą osobą, która potrafiłaby tego dokonać. Wystarczył jeden przycisk. Jeden maleńki przycisk, a jego jestestwo uleciałoby i nic by z niego nie zostało.


— Nie chcę cię stracić, idioto!— krzyknęła kobieta i rozpłakała się. Od tak dawna tłumiła emocje. Płacz był dla niej niczym poranny prysznic, jak chwila oczyszczenia, katharsis, mimo to nie pozwalał na wymazanie wszystkich uczuć, którymi Go darzyła.


— Nie stracisz. Będę cały czas w twoim sercu, wciąż i wciąż. Będziesz słyszała mój głos kiedy się obudzisz, poczujesz mą obecność wtedy, kiedy będziesz jej potrzebowała. Po prostu będę nieobecny ciałem. Będę wolny, rozumiesz? Będę istniał, będę wszystkim, będę... sobą — Jego głos był spokojny jak nigdy dotąd. Joanna miała wrażenie, że huczy jej w uszach. Ni to dzwony, ni to echo. Ten dźwięk to spokój, to życie, to... śmierć.


— Jesteś gotowa? — spytała pielęgniarka w białym, obcisłym kitlu. Można by ją porównać do mitycznej istoty albo bohaterki filmów pornograficznych. Jego marzeniem było odejść w takich okolicznościach. Odejść, nie umrzeć. To nie była śmierć, to było narodzenie się na nowo.


Joanna nie odpowiedziała. Całym sercem chciała się z nim zamienić, była gotowa przyjąć na siebie Jego chorobę, Jego cierpienie, Jego ambicje. To ona chciała ulżyć Mu w bólu, podnieść go z dna, pozwolić Mu normalnie żyć. A na czym się skończyło? Na podawaniu lekarstw i pielęgnowaniu naukowych ambicji.


Wreszcie wiedziała, jak czuła się Matka Boska pod krzyżem, opłakując bezradnie swojego Syna. W tej chwili to ona była Matką Boską, a On był Zbawicielem. Przez swoją mękę stwarzał świat na nowo, wprowadzał go w nową epokę. A Joanna tylko się przyglądała. I płakała. Co jej po tym, że miała swój udział w Jego dziele jak przez to straci to, co dla niej najcenniejsze?


Przełknęła łzę i powiedziała łamiącym się głosem:


— Jestem gotowa.

Nastrój:
Kategoria: Opowiadania
tagi:

Utopia.

środa, 25.kwietnia.2012, 19:42


jedno kliknięcie
a przed Tobą ukazuje się
Utopia

jedno kliknięcie
zachwyt niweluje rozsądek
zanurzasz sięw bezdennej otchłani
Utopii

jedno kliknięcie
pojawiają się Głupoty
stwory gotowe zniszczyć
łącze łączy się w bulu, bo
przyglądasz się ciemniejszej stronie
Utopii

jedno kliknięcie
odwracasz wzrok
widzisz ręce prawdy
tonące w morzu fałszu
wyciągasz rękę, ale wolisz wziąć
na własność swoją
Utopię

jedno kliknięcie
nie chcesz widzieć zła
budujesz swoją przestrzeń
cegla po cegle, skrypt po skrypcie
nie zauważasz, że zatracają się ideały
zmówiły się z
Utopią

jedno kliknięcie
wydostać się
z niewidzialnej klatki blokującej
zacierają się granice
fałszu i prawdy
miłości nienawiści
dobra zła
wyloguj się zapomnij
o Utopii
Nastrój:
Kategoria: Poezja
tagi:

Odnajdę Cię.

środa, 25.kwietnia.2012, 19:37


jak maleńka mrówka w mrowisku przestrzeni,
jak mały ptaszek wśród życia wszystkich cieni,
jak płaczące dziecko, w paszczy smutku siedząc,
odnajdę Cię, nic nie wiedząc.

odnajdę Cię- bo to nie może być trudne,
odnajdę Cię- mimo że to pewnie żmudne,
odnajdę Cię- po stokroć Cię Losie o to proszę,
powiedz "Miłość przynoszę". 

który jest dzisiaj? zaraz zmrok zapada,
moje serce dawno gdzieś upada,
i feel dizzy- jakbym zeszła z karuzeli,
życie łączy i dzieli.

tylko gdzie idziesz, quo vadis, etcetera,
sztampa mnie zabija, móżdżek mój wymiera,
natchnij mnie, popchnij mnie, odnów mnie na nowo,
uczucie, pustka, słowo.

odnajdę Cię- uciekając od zgiełku, krzyków, nienawiści,
odnajdę Cię- może kiedyś się w końcu ziści
to marzenie- bo marzenie to moja ostoja,
miłości, bądź moja.
Nastrój:
Kategoria: Poezja
tagi: